poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Szymon Wróbel
Dzieci Edmunda Husserla / Dzieci Kapitana Klossa

Dzieci były oszołomione jego fantastycznymi opowiadaniami. Aureliano, który wówczas liczył nie więcej niż pięć lat, miał go potem pamiętać przez resztę swego życia takim, jakim go widział tego popołudnia, gdy starzec siedział przy stole, na tle metalicznego, rozżarzonego do białości blasku, i swoim głębokim głosem o brzmieniu organów rozświetlał zakątki wyobraźni, a z czoła i skroni spływał mu tłusty pot.

Gabriel Garcia Márquez


1.
OJCIEC (Wiem kim jesteś)

Ojcostwo to rzecz niełatwa i zawsze z natury podejrzana. Jest to rzecz niełatwa zarówno dla ojców, jak i dla synów. Ojców zadręczają zarówno żony, które już nie są żonami, ale matkami, jak i dzieci, których natarczywość jest tym bardziej przygnębiająca, że przypomina ojcom o ich niegdysiejszej natarczywości. Dla belfra nie ma nic bardziej przygnębiającego niż wizerunek siebie samego w postaci imitującego go studenta. Dla Ojca nie ma nic bardziej wstrząsającego jak rozpoznanie swoich własnych cech w fenotypie syna. To, co nas zaskakuje w takiej sytuacji, to skuteczność i performatywność naszych aktów mowy lub... naszych genów. Matki zadręczają ojców, albowiem matki to żony spotęgowane, żony próbujące matkować wszystkiemu, co nie przypomina męża. Dzieci natomiast to ojcowie spotęgowani, ojcowie próbujący ciągle pleść opowieść, w którą ojciec już dawno temu przestał wierzyć, opowieść, której prawdopodobnie już nie pamięta.

Edmund Husserl jest potężnym Ojcem, dlatego też ma potężnych synów. O jego córkach jakoś rzadziej docierały do mnie słuchy. O jego potędze świadczy zarówno wytwarzana przez niego siła przyciągania, jak i siła odpychania. Wokół Husserla od zarania unosiła się aura, która – wedle świadectwa Waltera Benjamina – ma znikać w świecie i wreszcie zupełnie zaniknąć bez nadziei powrotu. Ojcostwo Husserla jednak nigdy nie było łatwe. Ono zawsze było ambiwalentne, by nie rzec nad-ambitne. Pierwsza Wojna Światowa niestety rozbiła i mocno zdezorganizowała działalność Koła Fenomenologicznego zgrupowanego wokół Husserla, w tym bowiem czasie pod Verdun ginie syn filozofa – Wolfgang. Husserl po tym doświadczeniu na rok zawiesza swą pracę pisarską i pogrąża się w smutku. W 1920 roku rodzi się jego drugi syn – Hermann. Nie sądzę, by mógł mu zrekompensować stratę.

W latach 1919-1923 Husserl odnajduje jednak syna bardziej marnotrawnego w postaci Martina Heideggera, który pracuje jako jego asystent. Heidegger już w trakcie studiów pozostawał pod silnym wpływem autora Badań logicznych, a od chwili ukazania się Sein und Zeit, Husserl mawiał podobno: „fenomenologia to ja i Heidegger”. Czy mogło być inaczej, skoro nazwa fenomenologia to raczej nazwisko niż imię własne? Czyż mógłbym powiedzieć, że mój syn – Krzysztof Wróbel, nie jest Wróblem?

Synowie są jednak jeszcze większymi potworami niż ojcowie. Stąd potworność świata nie znika, a właśnie narasta. W 1930 roku Heidegger odrzuca nominacje na dziekana wydziału filozoficznego w Uniwersytecie w Berlinie, w zamian za to już 1933 roku zostaje wybrany rektorem w Uniwersytecie w Freiburgu. Trzeciego maja tego samego roku wstępuje także do partii nazistowskiej. Wygłasza wykład: Selbstbehauptung der deutschen Universität. To smutne szczególnie dla Husserla, który w tym samym czasie traci pracę, a jego żydowskie pochodzenie w środowisku nazistowskim nie wzmocni jego pokrewieństwa z synami, raczej je osłabi, a nawet zakwestionuje. Nadejście II wojny światowej dla fenomenologii w ogóle będzie oznaczać poważne dyslokacje. Rozpoczyna się bowiem stawka większa niż życie.

Podobnych zdrad (dyslokacji) w historii fenomenologii było zresztą więcej, tak, że w rezultacie dziś nie tylko nie mamy jasności, czym fenomenologia jest, a raczej straciliśmy jasność co do tego, czy jest ona tylko pewną metodą badawczą specyficznie ustosunkowaną do wszelkich zjawisk? Być może jeszcze mocniej dziwi nas to, że mimo tych zdrad nazwa fenomenologia ciągle się utrzymuje przy życiu. Stąd, Waligóra ma rację: fenomenologia nigdy nie jest tym, czym myślisz! Ma też rację, że gdy ponawia swe lektury idąc, jak mu się naiwnie zdaje, w różnych kierunkach, pozostaje ciągle w orbicie oddziaływań fenomenologicznych. W każdym razie: nigdy nie jest tym o czym myślisz!

Włodzimierz Lenin twierdził, że od komunizmu nie ma ucieczki, Benjamin Barber twierdzi to samo w kontekście demokracji; czyżby doświadczenie Waligóry miało nas przekonać, że nie ma ucieczki od fenomenologii?! Dla Husserla centralnym tematem fenomenologii jest świadomość, dla Heideggera – bycie, dla Finka – świat. Czy nie oznacza to, że fenomenologia jest po prostu wszystkim, tj. że pragnie ona się zajmować wszystkim? I czy ta ostatnia sugestia nie oznacza de facto, że jest ona najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem roszczeń filozoficznych w wieku XX?

Synowie zawsze zdradzają Ojców (przeistaczając małżonków w Ojców), tak jak uczniowie zawsze zdradzają Mistrzów. Ojcowie są niczym bryły marmuru, niczym monstrualne sześciany, idealnie wypolerowane. Synowie natomiast są niczym żyłki, zrosty i pęknięcia na tych sześcianach. Przekleństwo Ojców polega na tym, że płodzą synów (którzy czynią ich Ojcami), przekleństwo Synów polega na tym, że mają tylko jedną alternatywę: albo stać się Ojcem, albo go posiadać.

Problem pana Marcina Waligóry polega na tym, że nie jest w stanie wykonać ani jednego, ani drugiego gestu. Nie stać go ani na wojnę z fenomenologią, ani na identyfikację z fenomenologią, wybiera wariant najbardziej dwuznaczny (tragiczny/problematyczny), tj. ambiwalentny stosunek do fenomenologii, który jest innym imieniem nierozwiązanego Kompleksu Edypa. Czy da się z tym żyć? – oto pytanie przed którym ustawiam swą drobną opowieść.

Osobiście jest mi trudno reagować na tekst Marcina Waligóry, albowiem nigdy zbyt silnie do ojców się nie przywiązywałem (lub na odwrót: oni mnie zbyt szybko porzucali). Prawdopodobnie miałem ich zbyt wielu, aby wytworzyć w sobie jakiś kościół. Na zawsze w rezultacie pozostanę poganinem. Ja przede wszystkim nigdy nie doznałem tak silnego ukąszenia fenomenologicznego jak Waligóra, stąd fenomenologia nie uzyskała nigdy w moim myśleniu statusu jakiegoś centrum, wyroczni, Boga Ojca, którego obecną eksplozję, obsunięcie i demaskację musimy kontemplować, omawiać, opłakiwać, opowiadać, wymadlać, etc. W uroczystościach żałobnych wraz ze zbliżaniem się daty mojej własnej śmierci uczestniczę coraz mniej chętnie. To zasadnicza różnica między mną a Waligórą, która nie pozwala mi myśleć o sobie jako o „wnuku Husserla czy Ingardena”. Ja nie jestem ich wnukiem, moje pokrewieństwo z nimi jest porównywalne do mojego pokrewieństwa powiedzmy z... koniem, który prawdopodobnie też ssakiem jest. Nigdy też nie powiedziałbym o sobie, że należę do grona „sfrustrowanych fenomenologów”. Moim problemem nie jest brak, moim problemem jest nadmiar.

Waligóra jednak zmusił mnie do pisania. Choć osobiście nie miałem już ochoty pisać niczego o fenomenologii. Po prostu uważam, że tym temacie przystoi nam milczenie. A jednak piszę, być może trochę powodowany pewną diagnostyczną atrakcyjnością tekstu Waligóry. Atrakcyjność tekstu Waligóry bierze się dla mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, ten tekst dobrze obrazuje sytuację współczesnego, szczególnie polskiego, szczególnie młodego środowiska filozoficznego. Ta sytuacja głównie polega na życiu (i dojrzewaniu) w atmosferze zdrady, zbiorowego fałszu, straty czasu i w rezultacie frustracji. Analogia pomiędzy Husserlem a Klossem jest traktowana tu śmiertelnie poważnie; tak jak emocjonalnie jesteśmy dziećmi kogoś, kto ukrywał się w mundurze żandarmerii niemieckiej i tytułował się symbolem J-23; tak intelektualnie jesteśmy spadkobiercami dzieła autora Idei czystej fenomenologii. Po drugie, tekst Waligóry mówi coś interesującego na temat filozoficznego dojrzewania oraz na temat sztuki uwodzenia, która – jak widać – całkowicie przenika dzieło i działanie filozofów. Być może Waligóra stawia pytanie najbardziej dla filozofii kłopotliwe: czy możliwa jest filozofia bez uwodzenia, tj. bez zwodzenia, bez czarowania, bez przebierania, bez oszukiwania młodych adeptów, którzy chcą się poczuć częścią edukacji liberalnej, która wedle słów Leo Straussa jest drabiną, po której próbujemy się wspiąć od demokracji masowej ku temu, co demokracja oznaczała pierwotnie. „Wykształcenie liberalne jest koniecznym wysiłkiem stworzenia arystokracji demokratycznego społeczeństwa masowego”.

Na czym zatem polega siła uwodzenia fenomenologii, która jest odwrotną stroną siły frustracji doznawana dziś przez arystokratów społeczeństwa masowego? Czyż zresztą Stawka większa niż życie nie była częścią kultury masowej przed wynalazkiem kultury masowej; czyż nie była naszym marnym substytutem przygód Jamesa Bonda? Czyż wreszcie największym sukcesem Klossa nie było to, że po zdemaskowaniu w pierwszym odcinku, był w stanie zasymulować własną śmierć, i wrócić na plan dziejów pod postacią drugiego życia jeszcze bardziej wiarygodnego niż życie pierwsze?! I czyż powroty fenomenologii w kolejnych przebraniach nie dokonują się w rytmie tej samej zasady odkrytej przez Klossa?

2.
EWANGELIA (Zdrada)

Dla Husserla świat jawi się jako continuum bezpośrednio danych sensów. Husserl to ostatni filozof XX wieku, który będzie miał tego rodzaju objawienia, tj. objawienia nieredukowalności sensów. Stąd dzieło Husserla nazywam Ewangelią, a proces przekonywania na rzecz fenomenologii ewangelizacją. Stąd większość znanych mi dyskusji wokół fenomenologii, to dyskusje na śmierć i życie, dyskusje, które mają posmak dyskusji religijnych, doktrynalnych. Fenomenologia jest wymagająca, co oznacza, że jest zerojedynkowa: można być tylko za nią, albo przeciw niej. Objawienie Husserla przyjmuje się w całości, albo w ogóle się go nie przyjmuje.

Husserl w żadnym miejscu nie zaprzeczył jedności (jednoznaczności) sensu danego w świadomości; nigdy nie skazał się na żaden proces nieskończonego odsyłania sensów. Dla filozofów wychowanych w duchu psychoanalizy (lub wszelkiego innego kierunku spod heraldyki demaskacji), przeciwnie, chodzi nie tylko o to, że sens się stale przesuwa, chodzi właśnie o to, że on się obsuwa, tzn. jest stale zagrożony załamaniem, tj. bezsensem. Zgodnie z prawdami psychoanalizy chodzimy po lodzie, który nie tylko może się w każdej chwili załamać; chodzimy po lodzie, który w każdej chwili może stopnieć, tzn. znikną. Zniknięcie sensu dla Husserla jest niewyobrażalne.

Husserl pisze ostatnią filozoficzną Ewangelię, która niesie nam Dobrą Nowinę. Wraz z tą dobrą nowiną powiada nam się, że nie ma takiego miejsca w nas, które byłoby bezdenną bezmyślnością. Podobnie nie ma takiego miejsca na świecie, które byłoby nie do pomyślenia. Wszystko jest pomyślane. Wszystko jest myślne, by nie rzec zmyślone. Tak jak w kinie. Świat dzieli się na istoty myślące i istoty myślane. Nigdy nie zapadniemy się w swym istnieniu, bo nikt z nas nie wymiga się z konstytutywnego aktu myślenia.

Po Freudzie (mówiąc umownie) będą nam przekazywane już tylko złe nowiny. Pisze na ten temat Geoffrey’a Hartmana sugerując, że Freud odkrywa specyficzną metodę transkrypcji snów, traktując sen jako tekst złożony w przeważającej części z elips. To dlatego, że sens jest stale zagrożony musi się posiłkować pracą interpretacji. W rezultacie dystynktywnym rysem interpretacji freudowskiej jest transakcyjny stosunek tekstu i komentarza. To powoduje też drugi dystynktywny rys interpretacji freudowskiej, tj. jej naturę kakangeliczną, jako przeciwieństwo natury ewangelicznej. Freud przynosi nam złe nowiny dotyczące aparatu psychicznego, nie ofiarowując nam w zasadzie żadnego lekarstwa, antidotum, czy a fortiori panaceum.

Wszyscy, którzy poszukują dobrych nowin muszą skierować się w wieku XX-tym ku fenomenologii. Otwarcie na fenomenologię zdradza prawdziwy słuch religijny, zdradza otwarcie na ewangelizację. Prawda w końcu do nas dociera, tak jak dotarła do Szwedki o imieniu Christin w odcinku Stawki zatytułowanym Zdrada. Christin współpracuje z Gestapo mszcząc się w ten sposób na polskim podziemiu, które oskarża o zabicie narzeczonego. Kiedy Kloss jednak wyjawia jej właściwy splot sensów, ewangelizuje ją, Christin wybiera Prawdę, która do niej przychodzi pod postacią śmierci.

3.
GENEZA SENSU (Ściśle Tajne)

Husserl miał świadomość tego, że każda intencja jest stopem intencji częściowych. Autor Idei nie unikał zatem amalgamatów. Więcej, Husserl zakłada, że co najmniej dwu-intencjonalność jest koniecznym atrybutem wszelkiego aktu świadomego. Różnica wobec Freuda, polega jednak na tym, że w filozofii świadomości intencje, akty, czy motywy tworzące znaczenie są z konieczności komplementarne, zaś w psychoanalizie – mogą być sprzeczne. W psychoanalitycznym świecie uzyskanie efektu jednoznaczności oznacza zawsze wyeliminowanie tej części sensu, która rozsadziłaby jednoznaczność. Każdy przedmiot, z tego punktu widzenia, jest jednocześnie tym, czym jest i tym, czego nieobecności jest znakiem.

W psychoanalizie sens jest produktem syntezy, a nie jego warunkiem. Warunki istnieją w inny sposób niż sensy. Właśnie próba pokazania - jak sens rodzi się, krystalizuje z tego, co sensem nie jest - czyni myśl Freuda tak intrygującą. Stąd, jak nas poucza Jacques Derrida, niesłusznie używa się określeń tłumaczenie lub transkrypcja, aby opisać przejście myśli nieświadomych do świadomości. Pojęcie tłumaczenia lub transkrypcji jest niebezpieczne, albowiem zakłada ono jakiś niewzruszony firmament sensu, już obecny tekst w obrębie nieświadomości .

Jaki jest w ogóle mechanizm wiązanie sensów? Czy jedność sensów jest fundowana poprzez czynności intelektu – pierwotną syntetyczną jedność apercepcji (Kant); czy może wyłania się ona z pewnego rodzaju przymusu wiązania wszystkiego ze wszystkim, przymusu łączenia w jedno wszystkich istniejących źródeł pobudzenia danej czynności – mechanizmy przemieszczenia i przesunięcia (Freud)? U Freuda znaczenia powstają jako sekwencje odwrócone i zagęszczone. Tajemnicza zasada ekwiwalencji sensów góruje nad wszystkim.

Dla Husserla, podobnie jak dla Kanta, problem transcendentalnych warunków poznania oraz ich odniesienia do Ja transcendentalnego, pojawia się z perspektywy pytania o warunki możliwości doświadczenia siebie w czysto kognitywny i bezpośredni sposób. U jego podstaw tkwi zatem założenie podmiotu, który w beznamiętny sposób (tzn. nie uwikłany w grę interesów libidinalnych) odnosi się do siebie i otaczającej rzeczywistości. Nie wydaje się, by wysiłki późnego Hussrla mogły sprostać wpisaniu w ten opis gospodarki uczuciowej nastawionej np. na uzyskiwanie maksimum przyjemności, czyli zniesienia wszystkich energetycznych napięć w swoim obrębie. Nawet jeśli pod koniec życia Husserla fenomenologia stała się nieco seksowniejsza, to jednak temat seksu, dla Husserla pozostał tematem intersubiektywnej monady, tj. pierwotnością tego, co intersubiektywne wobec tego, co subiektywne.

Ten firmament sensu, który nigdy nie obsuwa się w bezsens, ta konstytutywna jedność sensu jest stale obecna w fenomenologii. Zatem, wszyscy, którzy poszukują jedności w różnorodności aktów świadomości muszą skierować się w wieku XX-tym ku fenomenologii. Otwarcie na fenomenologię, zdradza prawdziwy słuch na naukę o jedności, zdradza otwarcie na politykę, która właśnie mówi jak z masy ludzkich namiętności wytworzyć jedność polityczną. Czy nie z tego powodu, fenomenologia polityczności jest dziś najbardziej wziętą (zawziętą) fenomenologią? Czyż nie z tego powodu Kloss, który w odcinku Stawki zatytułowanym Ściśle Tajne, odwleka egzekucję na prestidigatorze Rioletto, który w końcu okazuje się nie wrogiem, ale sojusznikiem, tj. brytyjskim szpiegiem? Nawet sztuka prestidigatorska umoczona jest w polityce.

4.
WOLNOŚĆ (Podwójny Nelson)

Ludzka geneza sensu zakłada wolność, która jest możliwa na spotkaniu wewnętrzności i zewnętrzności. Gdyby Husserl postulował genezę, która byłaby w podwójny sposób uwarunkowana, tj. skazana na dublet empiryczno-natywistyczny, skazałby swój projekt na postawę pełnej arbitralności znaczeń (w których nigdzie i nigdy nie ma czegoś uniwersalnego), albo na drogę pełnego determinizmu (w którym nie ma miejsca na jakąkolwiek wolność i odpowiedzialność). Nie czyni tak jednak, pozwala na możliwość wchodzenia władz w najróżniejsze relacje, zgodnie z regułami kombinatoryki, w której każdy, swobodnie określony punkty wyjścia, od którego zaczynamy, określa odrębną i niepowtarzalną rolę każdej z władz w tej właśnie konfiguracji i doprowadzić musi do krystalizacji takiego a nie innego szczególnego sensu, czyli do tego, co Gilles Deleuze nazywa „systemem permutacji znaczeń”.

Nasze przeczucie, czym może być wolność ewoluuje wraz z naszym poczuciem dotyczącym tego, czym może być związek przyczynowo-skutkowy. To powiązanie słownika, który pozwala nam mówić o wolności i języka, który profiluje nasze wypowiedzi na temat przyczynowości jest tak silnie zakorzenione w naszych umysłach, że przez długi czas wydawało nam się, że wartość jaką stanowi dla nas wolność, może być uzyskana tylko za cenę oderwania się od determinującego wpływu prawidłowości obowiązujących w świecie empirycznym, tj. w świecie przyrody. Wolność, w tym wariancie, w pewnym sensie mogłaby się realizować jedynie wbrew tym prawidłowościom, co mogłoby mieć miejsce tylko przy całkowitym odgrodzeniu się ego cogito od świata lub na skutek jakiegoś ślepego trafu, który nazywany jest w nowoczesności przypadkiem.

W tej interpretacji wolność jest rodzajem chwilowego braku zdeterminowania, względnie w ogóle braku więzi łączących (a raczej dzielących) ego cogito i świat przyrody, jest rodzajem braku zniewolenia, tj. swobodą jaka towarzyszy przejściu od jednego do drugiego zdarzenia. Powiedziałbym też, że kryzys wolności w humanistyce jest tylko rewersem kryzysu pojęcia przyczynowość w fizyce. Czyż nie z tego względu, że Freud miał stałe problemy z przyczynowością pisał, o uprzywilejowaniu języka histerii. Freud twierdzi, że język nerwicy natręctw jest tylko jednym z dialektów języka histerii, ale jest on dialektem, w którym powinniśmy się wczuwać z większą łatwością, gdyż jest on bliżej spokrewniony z wyrazem naszego świadomego myślenia niż dialekt histerii. Nie zawiera on przede wszystkim owego skoku z tego, co psychiczne, prosto w inerwację somatyczną – owej konwersji histerycznej – skoku, którego nasze pojmowanie nigdy nie będzie w stanie dokonać.

Husserl wprost przeciwnie – obdarza nas wolnością niemal boską. Ofiarowuje nam bowiem moc konstytucji. Ciekawe, na marginesie, że wśród słów, które go prześladują, Waligóra, nie umieszcza słowa „konstytucja”, które dla fenomenologii znaczy niemalże „zbawienie”. To nie my podmioty jesteśmy konstytuowani w procesie socjalizacji, uczenia, dojrzewania, stawania się, rekonstruowania, kojarzenia, strukturalizowania, etc. Ale to MY konstytuujemy całą rzeczywistość na zewnątrz nas. To rzeczywistość jest projekcją nas samych, a nie MY introjekcją rzeczywistości.

Wszyscy, którzy znudzeni zostali XX-wiecznym gadaniem strukturalizmu, postmodernizmu, kognitywizmu, poststrukturalizmu, dyskursywizmu, etc. o śmierci podmiotu, która jest innym imieniem śmierci wolności, muszą skierować się ponownie ku fenomenologii. Otwarcie na fenomenologię, zdradza prawdziwy słuch emancypacyjny, zdradza otwarcie na rewolucję. Czyż nie z tego powodu w odcinku Stawki zatytułowanym Podwójny Nelson, wszyscy udają kogoś innego niż są, w tym Kloss, który o mały włos nie zginąłby z rąk partyzantów jako niemiecki żołnierz. Ludzka wolność to wolność tasowania tożsamości.

5.
GENEZA ZEWNĘTRZNOŚCI (Oblężenie)

Deleuze – jak na prawdziwego nomada przystało – ofiarował nam figurę „wędrującej zewnętrzności”. Nieświadomość to w tej interpretacji „transcendencja-w-immanencji”. Nieświadomość jest zewnętrzna wobec świadomości. Świadomość jest zewnętrzna wobec struktury popędowej. Nad-ja jest zewnętrzne wobec świadomych treści ego. Rezultat: odniesienia przecinają się w skomplikowany sposób, tworząc studnię krystalizacji sensu, system permutacji sensu.

Freudowskie odniesienie do zewnętrzności – jako wyraz kompromisu pomiędzy zasadą rzeczywistości z przyjemności, daje nam przy okazji być może nową definicje aktu myślenia jako sztuki pozycjonowania warunków wobec siebie samego. A ponadto Freud dzięki pojęciu projekcji i introjekcji przełamuje opozycję Ja i nie-Ja i pozwala dokonywać syntez łączących różne fragmenty sensu w jeden obdarzony znaczeniem przedmiot. Tam, gdzie w post-kartezjańskim transcendentalizmie mamy przepaść oddzielającą Ja i nie-Ja, u Freuda pojawia się przestrzeń uwarunkowaną popędem, jako podstawowym odniesieniem do-…, które Freud umieszcza po stronie podmiotowej, ale która de facto jest wychyleniem poza samowystarczalność i samoistność JA.

Geneza projekcji wiąże się z bólem, który chcemy wyrzucić z siebie. Geneza introjekcji jest związana z przyjemnością, którą chcemy w sobie zatrzymać. A zatem samowytwarzanie jest związane ponownie z gospodarką energetyczną.

Inaczej Husserl, który ofiarował nam raczej figurę wędrującej wewnętrzności. Świadomość transcendentalna to w tej interpretacji „immanencja-w-transcendencji”. Zważywszy jednak, że Ja spełniające się (lub zatracające) w czasie ma nie tylko kontinuum przemijania całego obiektu (owego ego), ale również kontinuum modi przemijania każdego punktu trwania ego, które względem tego pierwszego jest raczej prostopadłe niż równoległe, historii towarzyszy nieokreślona liczba antyhistorii, z których każda jest komplementarna w stosunku do innych: historii rzędu pierwszego odpowiada historia rzędu drugiego itp.

W istocie znaki temporalne, albo, jeśli ktoś woli – temporalne daty, to nie tempora same: przedmiot trwa, fenomen się zmienia. Percepcja chwyta to, co Teraz, przypomnienie to, co Było, a wyobrażenie to, co Będzie. Stąd warkocz retencjonalno-protencjonalny, przypomnieniowo-antycypujący, który jest zaledwie deformacją praimpresji. „Przypomnienie pierwotne albo retencję nazwaliśmy, pisze Husserl, warkoczem komety dołączającym się do każdorazowego spostrzeżenia”. To właśnie Husserl w Wykładach z fenomenologii wewnętrznej świadomości czasu sproblematyzował czasową konstytucję obiektów czasowych, a co zatem idzie zagadnienie praimpresji, a zatem absolutnego początku epistemicznego, zerowego punktu poznania.

Wszyscy, którzy znudzeni zostali dominacją statyki i synchronicznego podejścia w humanistyce muszą skierować się ponownie ku fenomenologii. Otwarcie na fenomenologię, zdradza prawdziwy słuch temporalny, otwarcie na działanie ewolucji. Stawka większa niż życie dociera do najbardziej dramatycznej sceny, w której Hermann Brunner przystawia lufę pistoletu do głowy Hansa Klossa, ten mu się jednak wymyka na skutek wkroczenia wojsk rosyjskich. Polska fenomenologia odetchnęła z ulgą. Serial będzie się toczył dalej.

6.
CUDOWNA ZABAWKA (Wielka Wsypa)

Marcin Waligóra powiada, że skuteczność czaru fenomenologicznego polega nade wszystko na odwołaniu się do podstawowej zabawki, która ofiarowuje nam swej hojności Edmund Husserl, tj. do redukcji transcendentalnej. Dzięki niej „możemy po prostu mówić różne zdania o świecie i o nas samych, generalnie wszystko, co tam sobie wymyślimy, twierdząc przy tym, że jest to bezwzględnie obowiązująca prawda”. Waligóra ofiarowuje nam na prawdę mocną, tj. odważną interpretację redukcji transcendentalnej. Ma tupet ten chłopak, wróżę mu pewną karierę. Ale czy ma rację?

Husserl w Ideach czystej fenomenologii upiera się, że redukcja nie jest ani wyrazem postawy sceptycznej, która nakazuje nam zwątpić w istnienie świata, nie jest też wyrazem postawy sofistycznej, która nakazuje nam zanegowanie istnienia świata. Czym jest zatem owa redukcja, skoro nie jest ani próbą zwątpienia w istnienie świata, ani też próbą zakwestionowania jego istnienia? Zdaniem Husserla w redukcji transcendentalnej chodzi o to, żebyśmy ujęli w nawias wszystkie swoje pre-sądy, czy przed-sądy, wszystkie swoje uprzedzenia, łącznie z tym najbardziej naturalnym przeświadczeniem, mianowicie, że świat jest. Zdaniem Husserla, filozof radykalny w pierwszym kroku musi pozbawić świat tego niepowątpiewalnego dla większości naiwnie żyjących ludzi przeświadczenia, zgodnie z którym świat uznawany jest za istniejący. Fenomenolog ujmuje w nawias absolutnie wszystko, co to przeświadczenie obejmuje, a więc cały naturalny świat.

W punkcie wyjścia Husserl usiłuje zrealizować utopijną ideę bezzałożeniowości, tj. chodzi o to, by budować filozofię na gmachu absolutnie pewnym i maksymalnie bezzałożeniowym. W tym miejscu rodzi się pytanie o wynik tak pojętej redukcji transcendentalnej, mającej wyraźnie inspiracje w sceptycyzmie Kartezjusza: co otrzymujemy w jej rezultacie? Cóż pozostanie, jeżeli się wyłączy cały świat z nami samymi i z wszelką wiedzą na jego i na nasz temat wcześniej poczętą, tzn. przed redukcją? Otóż wynikiem owej redukcji transcendentalnej jest ja transcendentalne, czy jak mówi Husserl sfera eidos, sfera istot. Zatem wprawdzie ulegnie wyłączeniu świat jako fakt, ale nie świat jako sfera istot. Wyłączenie świata nie oznacza wyłączenia np. liczb i odnoszącej się do nich arytmetyki. Dzięki epoche ujmuję więc czyste życie świadomości i kieruję spojrzenie wyłącznie ku tej świadomości.

Dzięki fenomenologii nie tylko powołujemy świat do istnienia za pomocą aktów konstytucji, dzięki redukcji jesteśmy również w stanie się od niego odciąć. A kiedy się od niego odcinamy? Rzecz jasna wtedy, gdy nas coś od świata oddziela i gdy nasze życie zaczyna się rządzić przyczynowością innego rodzaju, niż przyczynowość tego świata; krótko mówiąc wtedy, kiedy oddziela nas od świata rodzaj nieciągłości strukturalnej – katastrofa. Wtedy to właśnie zdaniem Husserla, uzyskujemy szansę na odkrycie autentycznych struktur swego ego – uniwersalnych i ejdetycznych; dzięki owym strukturom, których wcieleniem jesteśmy, rodzi się równie uniwersalna i autentyczna nauka – fenomenologia. Mur nie jest więc z kamienia, ani nawet z substancji szarej mózgu, ale z metody – epoche, metody, która pozwala mi uchwycić Siebie samego jako czyste Ja wraz z moim własnym czystym świadomościowym życiem, „w którym i dzięki któremu cały świat obiektywny jest światem istniejącym dla mnie, światem, który istnieje właśnie tak, jak jest dla mnie odniesiony” .

Wszyscy, którzy znudzeni zostali światem i poszukują autentycznych (autystycznych) struktur samego siebie muszą skierować się ponownie ku fenomenologii. Otwarcie na fenomenologię, zdradza prawdziwy zmysł introwertyczny. Ten zmysł Kloss uświadamia sobie, gdy na spotkaniu z Brunnerem, spotyka niejakiego Zająca pracującego dla Niemców. Zając widywał Klossa u „dentysty” i domyśla się, że Kloss jest Jankiem. Kloss zaczyna marzyć o życiu tylko w jednym świecie. Po czym upija Zająca i wzywa partyzantów, aby oczyścili teren.

7.
SYNOWIE ALBO STAWKA MNIEJSZA NIŻ ŻYCIE (Poszukiwany Gruppenführer Wolf)

Cały tekst Waligóry ma sens kompensacyjny i ma dostarczyć odpowiedzi na pytanie: dlaczego byłem aż tak głupi, że dałem się wpuścić w tak oczywiste maliny? – [pytanie całkiem na miejscu]. Żeby usprawiedliwić samemu przed sobą swoją własną naiwność, nie musimy jednak od razu wyrządzać przyczynie naszej naiwności karę najwyższą i znęcać się nad nią aż do form zdegradowanych. Nawet w dobijaniu trupów powinniśmy zachować pewien umiar.

Waligóra w celu dobicia trupa, twierdzi, że fenomenologii przysługuje status „cynicznej, liberalnej feministki”. Nie sądzę. Liberalna zdzira jest niestety zbyt wymagająca jak dla fenomenologii; liberalna zdzira, wedle Richarda Rorty’ego, to taka jędza, która jest w stanie zaakceptować sytuacyjność swoich poglądów (a nawet sytuacyjność samej relacji agonistycznej), a przy tym wszystkim zamartwia się cierpieniem wszystkich stworzeń obdarzonych centralnym układem nerwowym. Jeśli wpiszemy w tę postawę element cynizmu, to rzeczywiście pozostanie nam ktoś dla kina polskiego niesłychanie bliski tylko.... nie, nie, nie jest to Hans Kloss, ale... jego adwersarz, by nie powiedzieć wróg – Hermann Brunner. Kloss może tylko sobie pomarzyć o mundurze, klasie, inteligencji, smaku, dowcipie Brunnera. Kloss jest naprawdę chamem w porównaniu z arystokratyczną dekadencją Brunnera.

Kloss był w istocie fenomenologiem, tj. potwornym ograniczeniem. Jedynym autentycznym graczem w wieku XX-tym jest Brunner, który potrafi wygrać nie tylko własną śmierć, ale nade wszystko życie. To, co Waligórę przeraża w fenomenologii to fakt, że jest właśnie szczerze oszukującym Klossem, który w swym naiwnym oszustwie staje się wprost transparentny. Język Brunnera, który nie chodzi przecież w przebraniu (Brunner wypowiada się rodowitą niemczyzną) jest bardziej nasycony maskaradą, jest bardziej rozwarty na drwinę, jest bardziej przejęty cynizmem niż ten intencjonalny i szczery do bólu fałsz Klossa. Brunner jest zatem maskaradą, która jest tylko o krok od masakry. W młodości nie byliśmy wpatrzeni w Klossa, byliśmy wpatrzeni w radykalne zło Brunnera. To on nas wykarmił swym lubieżnym cynizmem, a nie Kloss swą bezgraniczną naiwnością.

To Brunner funduje eidetyczne struktury rzeczywistości i to on dokonuje redukcji transcendentalnej. Brunner od początku wie, że Kloss jest agentem, ale zamiast go zdemaskować w pierwszym odcinku, pozwala mu grać tą swoją śmieszną rolę wschodniego Bonda, po to tylko, aby zabawiać się dalej pisaniem kolejnych akapitów Sporu o istnienie świata, wtedy, gdy Oświęcim zagląda przez okno i czule się na dobranoc do kolejnych akapitów uśmiecha. Brunner jest dostatecznie cyniczny, i tylko Brunner jest dostatecznie liberalny, i tylko Bruner jest dostatecznie nie-tożsamy z samym sobą, by czytać dalej Idee, słuchając Bacha i myjąc się wieczorami mydłem z podlejszej rasy (tej, która odpadła po redukcji, po epoche).

No, Hans, nie bądź taki pryncypialny, napijmy się czegoś i przestańmy chociaż na krótką chwilę udawać, że bawi nas prawda. Wyluzuj, Hans. Nie daj się opętać swojej ideologii wyzwolenia, daj się opętać nowej fascynującej ideologii zniewolenia. Nie o adekwatność przecież chodzi, chodzi o moc atrakcji.

Hans świętuje zwycięstwo z dowództwem Armii Czerwonej, Brunner jest już na Karaibach i myśli sobie: Nie ze mną te numery, Hans...

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas