1.
Leżeć na kozetce Szymona Wróbla (nawet, jeśli wdarło się tam przemocą). Leżeć wraz z dziadem Husserlem, wujem Ingardenem, leżeć z J-23... Mogę tak godzinami. Nawet teraz, kiedy, po terapii wstępnej, wiem już, „że byłem tak głupi”. Z wdzięcznością i przyjemnością przeczytałem diagnozę, prześledziłem przyczyny. Zainteresowałem się środkami i formami uzdrowienia. Jak u lekarza: potakująco kiwam głową, przepraszam, już będę roztropny, już będę uważał, dobrze się odżywiał i nie przemęczał. Tak! Pojadę też na Karaiby. Wiem, wiem, tam czeka mnie „moc atrakcji”. Wychodzę z przychodni i w już w drodze do apteki nabieram wątpliwości. W końcu kupuję jednak jakiś ekwiwalent. 2.
Zdaje mi się, że nasze diagnozy postawione fenomenologii są dość podobne. Pan Szymon Wróbel twierdzi jednak, że postawić taką diagnozę i chcieć dalej być fenomenologiem, to głupota. Ja zaś, nawet po terapii wstępnej, upieram się przy fenomenologii. Dlaczego? Dlatego, że cała diagnoza znakomicie opisuje tylko pewną część projektu fenomenologicznego, tego kolosa stojącego na dwóch nogach. Nodze „Husserl” i nodze „Heidegger” (ale równie dobrze sam Husserl, wielogłowa (wielonoga?) hydra o czterdziestu tysiącach stron (sic!) przejawów, czytanych dziś z nabożnością w Leuven). Diagnoza dotyczy elementów fenomenologicznej utopii: bezzałożeniowości, pełności i filozofii jako ścisłej nauki. Fenomenologia rozkraczona pomiędzy XIX a XX wiekiem (1900-1901 ukazują się Badania logiczne), dobija trupa nowożytności, wchodząc w wiek XX i, razem z Heideggerem, Merleau-Pontym, Levinasem, Ricoeurem, Henrym, Waldenfelsem i Zahavim, na szczęście idzie dalej. Na szczęście, bo jest dziś jedyną alternatywą dla naturalizacji i redukcji filozofii z jednej strony, a dla ludycznego upajania się „mocą atrakcji” z drugiej. Centrum, pomiędzy żałosnym epizodem regresu filozofii kontynentalnej i przyjmowaniem ograniczonych, płytkich, anglosaskich wzorców budowania dyskursu, a uciechami, jakim poddawać się mogą „wreszcie wolni” poststrukturaliści i posthermeneuci. Tylko fenomenologia dysponuje warsztatem, który pozwala rozmawiać zarówno z Searlem jak i z Deleuzem. Dzięki „pedagogicznemu” językowi redukcji, jak żaden inny kierunek, wskazuje najkrótszą drogę ku transcendentalizmowi. Dzięki kategorii intencjonalności, Heideggerowskiej narzędziowości i Merleau-Pontiańskiej przedrefleksyjności ciała, prowadzi dialog z kognitywistyką. Dzięki fenomenologicznej dyskusji prowadzonej pomiędzy Husserlem, Heideggerem, Levinasem i Derridą, nadaje rytm współczesnej dyspucie dotyczącej ulubionych przez posthermeneutów kategorii: inności, obcości, (nie)obecności, różnicy etc. Wbrew pozorom, fenomenologia nie ma dziś także problemów z tożsamością. Choć oczywiście nie jest też monolitem. Monolitami mogą być jednak albo kierunki nowe (krótko), albo martwe. Monolitami mogą być też ideologie. Fenomenologia nie podpada pod żaden z trzech przypadków, jest dyscypliną, która zmierzyła się z olbrzymią krytyką i, co najistotniejsze, w większej części albo ją przyjęła (i dlatego ewoluowała), albo odparła. Fenomenologia dysponuje dziś spójną siatką dyskursywną, dojrzałym słownikiem i szeregiem narzędzi filozoficznych, które rodzą się dopiero np. w kognitywizmie. Dzięki Levinasowi (ale także Husserlowi i Heideggerowi) fenomenologia przetrawiła problem tożsamości, różnicy i obcości – fenomeny „tego, co ukazuje się w taki sposób, że nam umyka”. Gdyby chcieć ująć nić spajającą fenomenologie, unikając jednocześnie kategorii z wnętrza poszczególnych dyskursów, to określiłbym ją następująco: fenomenologów łączy poczucie duszności językowej. I w tym sensie jest to oczywiście dyskurs niedzisiejszy. Fenomenolog próbuje przebić się przez język i naprowadzić na to, co język poprzedza i co, w przekonaniu fenomenologa, jest od języka szersze (na tym polega między innymi wczesnoheideggerowskie rozróżnienie Rede i Sprache). Cała ta operacja naprowadzenia przebiega oczywiście w języku, samo doświadczenie zaraz się też w język wikła i wtapia. (Tylko Husserl myślał przez jakiś czas, że da się tego uniknąć, dopóty nie zetknął się z niemożliwymi do uobecnienia fenomenami – innym Ja, praimpresją etc.). Ten projekt jest bardzo spójny i w zasadzie bardzo intuicyjny. Jego intuicyjność opiera się na pewnym doświadczeniu „braku słów” albo „nieadekwatności słów”, także w obliczu doświadczeń życia codziennego. Jego intuicyjność opiera się też na fakcie przedwerbalnego porozumienia między bliskimi osobami i na poczuciu większej adekwatności owego porozumienia, w zestawieniu z werbalnymi środkami przekazu. Fenomenologia, jako zbiór wzajemnie powiązanych, choć zmiennych i ewoluujących projektów, skupia się na opisie wyróżnionych typów doświadczeń tego rodzaju, które można określić mianem „doświadczeń źródłowych”. Czy będzie to doświadczenie czegoś „absolutnie samoobecnie danego” (Husserl), doświadczenie przejawów bycia (Heidegger), spotkanie twarzą-w-twarz (Levinas), czy wreszcie doświadczenie „tego, co ukazuje się w taki sposób, że nam umyka” (Waldenfels). 3.
Mówiąc nieco innymi słowy: Fenomenologia jest czułością: nasłuchiwanie, przypatrywanie się, dotykanie i głaskanie. Dyskrecja świadka. Fenomenologia jest łowiectwem: zastawianie sieci i tropienie tego, co ukryte. Zaczajanie się. Fenomenologia jest poszukiwaniem: odcedzanie tego, co ważne, od tego, co nieistotne. Przepłukiwanie. Fenomenologia jest uczestnictwem: używanie narzędzi i budowa domostwa. Rozkoszowanie. Fenomenologia jest intersubiektywnością: asocjacyjna synteza łączenia w pary (Paarung) i współbycie (Mitdasein). Twarzą-w-twarz. Fenomenologia jest ruchem: ciągłym rozpoczynaniem od nowa. Wiecznym niedokończeniem. Fenomenologia jest wreszcie subtelnością: leży dokładnie pomiędzy nieokrzesaniem Gettiera a pretensjonalnością Lacana. 4.
Uważam, że wizja fenomenologii zaprezentowana przez Szymona Wróbla jest, w dużej mierze, zbiorem dogmatów, które utrwaliły się, mniej więcej, czterdzieści lat temu. Jest ona jednocześnie typową, przynajmniej w części, prezentacją najbardziej powszechnych mniemań dotyczących fenomenologii, jakie funkcjonują po dziś dzień. To wizja fenomenologii oparta, przede wszystkim, na programie zawartym w pierwszej księdze Idei (1913). To na podstawie realistycznej interpretacji pojęcia konstytucji będzie się ją rozumieć jako „tworzeniem świata” (dziś, kiedy znamy także inne pisma Husserla, ta interpretacja jest nie do utrzymania). To na podstawie elementów tego programu Szymon Wróbel powie, że „Husserl nigdy nie skazał się na żaden proces nieskończonego odsyłania sensów”, choć Husserl wielokrotnie podkreśla, że proces konstytucji sensu jest nigdy nieskończony i zawsze niepełny. To w oparciu o Idee I będzie twierdził, że fenomenologia nie jest w stanie „zaakceptować sytuacyjności swoich poglądów”, podczas gdy jest dokładnie przeciwnie (czego wyrazem są, obok wygłaszanych explicite deklaracji Husserla, obok Heideggerowskiej i Patočkańskiej figury „drogi”, drażniące czasem uwagi Ingardena o „tymczasowości poczynionych ustaleń”). To w oparciu o Idee I w końcu, Szymon Wróbel napisze, że „fenomenologia jest zerojedynkowa (...) objawienia Husserla przyjmuje się w całości, albo w ogóle się go nie przyjmuje”, choć historia ruchu fenomenologicznego, historia niezliczonych pół-wyznawców, heretyków i herezjarchów otaczających Husserla, dowodzi, że jest zupełnie inaczej. W całej tej wizji fenomenologii zabrakło jeszcze jednego typowego punktu, którego wprawdzie nie wypowiedział Szymon Wróbel, ale za to nieustannie powtarza go inny krytyk fenomenologii, Jan Hartman: że „fenomenologia to opis np. chmur i drzew, a po co komu taka filozofia, kiedy samemu można je sobie obejrzeć, albo przeczytać lepsze opisy np. u Prousta?”. I to też jest dogmat, któremu dość odrzec, że fenomenologia opisuje przede wszystkim pewne istotne struktury relacji Ja – nie-Ja, a jeśli także inne fenomeny, to tylko te, które, mówiąc językiem Heideggera, „pozostają zakryte”. I u Prousta się ich raczej nie znajdzie.
5.
Nawet, jeśli wyobrażę sobie, że Szymon Wróbel przyjął niespodziewanie wszystkie powyższe argumenty, to wciąż pozostaje pewien element, który zapewne nigdy nie pozwoli mu wyrażać się o fenomenologii pozytywnie. Oto i jego krótka prezentacja: „No, Hans, nie bądź taki pryncypialny, napijmy się czegoś i przestańmy chociaż na krótką chwilę udawać, że bawi nas prawda. Wyluzuj, Hans. Nie daj się opętać swojej ideologii wyzwolenia, daj się opętać nowej fascynującej ideologii zniewolenia. Nie o adekwatność przecież chodzi, chodzi o moc atrakcji”. I tak sobie błądząc pośród powyższych różnic w postrzeganiu fenomenologii, nieomal przeoczylibyśmy mogiłę pogrzebanego psa. Tak, Panie Szymonie, niewątpliwie fenomenolog przeciwstawia się właśnie „wszechmocy atrakcji”. I nie tyle zależy mu nawet na „adekwatności”, co raczej na „prześwicie”. Na grze światła i cienia. Bruner tymczasem na Karaibach, spocony, lepki i zupełnie zaślepiony ostrym, wszechobecnym słońcem. Nawet tam atrakcje mają swój kres. |