Zacząć wypada od stwierdzenia oczywistego – w polskiej poezji po 1989 roku mamy czterech Starych Mistrzów: Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosz, Tadeusza Różewicza i Wisławę Szymborską. Centrum wydaje się więc stabilne, o niespodzianki trudno. Starzy Mistrzowie stają się miarą dokonań najnowszej poezji
1. Trudno żeby było inaczej. Centralna pozycja Starych Mistrzów swoiście jednak warunkuje lektury kolejnych ich tomików. Dwa biegunowe uwarunkowania przedstawiałyby się, jak sądzę, następująco: od Starych Mistrzów więcej się wymaga (gdy te wymagania nie są spełniane, łatwo jest Starego Mistrza strącić z piedestału); Stary Mistrz, nawet gdy przydarzy mu się słabszy wiersz, tomik, pozostaje niedoścignionym wzorem. Czy w takiej sytuacji możliwa jest w ogóle spokojna, uważna lektura, czy przesądy, z którymi (w stabilnym centrum dyskursu Starych Mistrzów) przystępuje się do kolejnych lektur, nie rozrosły się do tak monstrualnych rozmiarów, że właściwie trudno już mówić o czytaniu ważnych książek?
Spróbuję rozważyć wątpliwości wpisane w powyższe pytanie, analizując konstelację tekstów zgrupowanych wokół
Dwukropka Wisławy Szymborskiej. Chciałbym jednak rozpocząć swą refleksję od zatrzymania się na wypowiedzeniu kwestii na tyle podstawowych, że ciągle wartych przypominania.
SYTUACJA KRYTYCZNA – ROZRUSZAĆ MARGINESY! Krytyk literacki jest bytem wewnątrzświatowym, od samego początku swego bycia zostaje wrzucony w określony czas. Dlatego też pytanie o składniki sytuacji świata literackiego po 1989 roku staje się jednocześnie zadaniem określenia egzystencjałów istnienia krytyckiego. Wydaje się, że nade wszystko owa sytuacja jest – jak to niegdyś trafnie określił Arkadiusz Bagłajewski – „stanem rozproszenia”
2. Miejsce centrali zajmuje lokalność czy wręcz gettowość
3. Robert Ostaszewski tak opisywał tę sytuację:
"Mówi się i pisze o gettowych środowiskach, czasopismach czy autorach, którzy »robią za gwiazdy« w przyjaznych im niszach. Albo wskazuje, że tzw. literatura ambitna ma charakter gettowy, ponieważ spotyka się z minimalnym zainteresowaniem uczestników (…) »konsumenckiego festynu«, który trwa u nas w najlepsze od momentu, kiedy skończyliśmy z budowaniem jedynie słusznego ustroju. (…) Przyjmę więc założenie, że literatura jest gettowa" 4.
Na dwa składniki sygnalizowane w powyższym fragmencie warto w tym miejscu zwrócić uwagę. Po pierwsze, istnieje jakieś centrum – ośrodek, który za Zygmuntem Baumanem Ostaszewski nazywa prawami „konsumenckiego festynu”. Po drugie zaś, powstają przez odróżnienie od owego centrum (jak się zdaje – przede wszystkim przez gest niezgody na uczestniczenie, tworzenie centrum) getta, marginesy. Jedno pytanie pozostaje niezbywalne – jak ma się zachować krytyka literacka w obliczu nadchodzącej, a właściwie realnie istniejącej kultury masowej?
W zmienionej sytuacji raczej rzadko mówiło się i mówi o sukcesach krytyki
5. Przytoczę w tym miejscu jedynie dwie charakterystyki. Przemysław Czapliński pisał o „dominującym modelu konsumpcji nastawionej na ocenę”. Diagnozę tę odnosić można zarówno do problemu ankiety jako najbardziej wpływowej formy tworzenia kanonu po 1989 roku – o czym pisał Czapliński – jak i do medialnego statusu not i recenzji krytycznych
6. Jacek Gutorow pisał w związku z tym drugim problemem o „felietonizacji krytyki”:
"Co innego (…) bawić się literaturą w felietonie, a co innego sprowadzać krytykę literacką (recenzję, studium, esej, szkic) do poziomu felietonu. A taki proces daje się ostatnio u nas dostrzec. Wynika on między innymi z wpływu prasy codziennej i akcji promocyjnych wydawnictw. Prasa bombarduje nas felietonami i skrótowymi, informacyjnymi recenzjami, które niepostrzeżenie stają się wyznacznikiem tego, jak dzisiaj powinno pisać się o literaturze" 7.
W perspektywie przytoczonych słów pytanie o zadania i możliwości krytyki literackiej w dobie kultury masowej wydaje się tym bardziej naglące. Z wielu możliwych odpowiedzi chciałbym w tym miejscu wybrać tę, która wydaje mi się najbardziej doniosła, odpowiedź zachowującą aktualność – jak się wydaje – nie tylko w perspektywie pytań doraźnych, ale dotykającą istoty zadań krytyki literackiej. Przemysław Czapliński w swej książce
Ruchome marginesy pisał między innymi:
„Chodziło więc o to, byśmy w obliczu nadchodzącej kultury masowej nie zaczęli udawać, że nie ma już marginesów (wszystkie treści, style i gatunki są równe) albo jeśli są, to same sobie winne. Abyśmy dążyli do tego, by centrum i marginesy powstawały zgodnie z naszymi preferencjami. Aby to nasze wybory i spory umieszczały jedno dzieło w środku, inne zaś – na obrzeżach. Bo tam gdzie marginesy są ruchome, gorsze miejsce nie przypada nikomu na zawsze. (…) A najważniejsze: z kultury ruchomych marginesów nie znika nigdy świadomość istnienia samego środka i obrzeży, to zaś osłabia skłonność do utożsamiania medialnego sukcesu książki z jej wartością” 8.
Proklamowana w tym fragmencie kultura ruchomych marginesów wydaje mi się jedną z najistotniejszych propozycji, jakich dopracowała się polska krytyka literacka po 1989 roku. Wypowiadam tak zasadniczo brzmiące sąd, ponieważ Czapliński nie poprzestał jedynie na poziomie pewnych diagnoz, nie zadowolił się tylko efektownie brzmiącą proklamacją – ale dopracował się również w przywoływanej książce swoistej metody pozwalającej realizować wyznaczony program krytyczny. Myślę tutaj przede wszystkim o postulatach zawartych w tekście
„Cóż po poecie w czas medialny”. Mówi w nim o formach złej obecności pisarzy, wynikających z czterech zasadniczych „
figur obecności, którymi posługują się nadawcy istnienia [czyli krytycy – przyp. moje – T.C.-S.]”
9. Czapliński pisze o – w kolejności:
wszechobecności na zasadach figury metafory,
nieobecności na zasadach figury litoty,
byciu źle widzianym na zasadach metonimii oraz
nadobecności na zasadach hiperboli. Swoją propozycję opatruje zaś przede wszystkim gorzkim stwierdzeniem, „że żaden pisarz nie jest i nie będzie już dobrze obecny”, ale także wyznaczeniem dwóch dróg „wyjść połowicznych”, jak je nazywa. Po pierwsze, pisze o „zgodzie na ruchomą obecność pisarzy”, mająca „zabezpieczać przed utożsamieniem twórcy medialnego z twórcą wielkim”. Po drugie zaś, proponuje w swoistym akcie samoobrony przed „doraźności sterowaną przez mass media” formę „uczestnictwa w kulturze polegającą (…) na samodzielnym ustalaniu hierarchii, na kształceniu umiejętności samodzielnego wybierania i czytania dzieł, na samodzielnym precyzowaniu kategorii estetycznych”
10. Pisałem na samym początku swego tekstu, że chciałbym rozpocząć swą refleksję od zatrzymania się na wypowiedzeniu kwestii na tyle podstawowych, że ciągle wartych przypominania. Tego gestu dokonuje, jak się wydaje, Czapliński. Na czym bowiem w istocie polega jego propozycja? Domaga się nade wszystko niezawisłej krytycznej lektury, lektury świadomej uwarunkowań dyskursu towarzyszącego literaturze, świadomej swego miejsca w ramach owego dyskursu, lektury szukającej miejsca swoistej niezależności, niepodległości głosu
11. Tylko w ten sposób można
rozruszać marginesy, czyli – podtrzymywać ich dynamiczny ruch, nie dać się wciągnąć przez generowanie złej obecności w ramach mechanizmów centrum, zapewnić możliwość istotnego mówienia.
Spróbuję teraz przeczytać teksty towarzyszące pojawieniu się najnowszego tomiku Wisławy Szymborskiej, starając się wskazać, opisać i nazwać główne mechanizmy złej obecności autorki
Dwukropka w ramach dyskursu Starych Mistrzów. Celem jednak zasadniczym będzie ciągłe poszukiwanie takiego miejsca krytycznoliterackiego, w którym można sobie pozwolić na uważną lekturę ważnej książki.
WISŁAWA SZYMBORSKA – STARY MISTRZJak stwierdza w ciekawym tekście
Kanon Mistrzów – stereotypy i przewartościowania Agnieszka Czyżak: „hasło »Mistrzowie« polskiej literatury współczesnej budzi powszechnie jednoznaczny odzew. Padają podawane bez zastanowienia cztery – najczęściej – nazwiska Herberta, Miłosza, Różewicza i Szymborskiej (…). Do tych nazwisk czasami dołącza się jedno lub kilka innych i samo takie zestawienie ma służyć nobilitacji i dowodzić swoistego »włączenia w kanon« dodanych do listy autorów”
12. Być Starym Mistrzem znaczy więc ni mniej ni więcej jak być w centrum, w centrum przestrzeni publicznej komunikacji
13. A to z kolei wiąże się z – po pierwsze – istnieniem w ramach stałych schematów i po drugie – z egzystencją w odczytaniach przebiegających wedle oczekiwań czytelników, pragnących nie nowości, lecz potwierdzenia stałości już dokonanych wyborów
14. Analizując figury rządzące obecnością Wisławy Szymborskiej generowane przez teksty powstałe po opublikowaniu tomiku
Dwukropek 15, postaram się pokazać niebezpieczeństwa owego dyskursu, jednocześnie nie zapominając o poszukiwaniu niezawisłego miejsca krytycznoliterackiego, z którego możliwe byłoby mówienie o istotnych wyzwaniach interpretacyjnych stawianych przez najnowszy zbiór Szymborskiej.
Czytając kolejne teksty poświęcone
Dwukropkowi, nie można oprzeć się wrażeniu, że najnowszy tomik poetycki Starego Mistrza nie może ujść uwadze żadnej gazety
16, żadnego ceniącego się pisma literackiego
17. Teksty prasowe ukazały się nawet na tydzień przed trafieniem tomiku do księgarń. W owym pośpiechu, apetycie na omówienie nowości książkowej trudno zaś wyjść poza poziom pewnych schematów. Stąd też figury obecności, którymi posługiwali się nadawcy istnienia Wisławy Szymborskiej jako autorki
Dwukropka nie mogły być inne.
Po pierwsze, nie bez powodu pozwoliłem sobie na niegramatyczne sformułowanie tytułu tej części mego tekstu – wydaje się bowiem, że Wisława Szymborska nie ma szans w ramach dyskursu Starych Mistrzów na istnienie osobne. Jej obecność wyznacza figura metonimii, jej specyficzna odmiana –
synekdocha totum pro parte. To odnajdywanie „ukrytych” dialogów między Starymi Mistrzami ma poświadczać – wspólnotową – wartość tych poezji (tak czyni w swym tekście Aneta Wiatr, ale i Piotr Śliwiński). Oczywiście, trudno zaprzeczyć istotności mniej lub bardziej jawnych dialogów prowadzonych między Herbertem i Miłoszem, Miłoszem i Różewiczem, Szymborską i Miłoszem – problem jedynie w tym, by opis owych zależności i poetyckich rozmów nie stawał się argumentem wzmacniającym sądy o wartości kolejnych tomików Starych Mistrzów. Opisana sytuacja wyjściowa, to charakterystyka wtóra, prowadzi zaś często do czegoś, co należałoby nazwać hiperboliczną pochwałą. Aneta Wiatr pisze o „załatwianiu (…) najważniejszych sprawy epoki” (s. 117), o „wciąż niewyczerpanych możliwościach twórczych Wisławy Szymborskiej”, o „jej wybornej formie i kondycji” (s. 123). Ryszard Matuszewski posuwa się nawet dalej – w zakończeniu swej recenzji składa „hołd” poetce. Krytyka sprawia w ten sposób, że Stara Mistrzyni jako Stary Mistrz nie może istnieć inaczej jak w figurze
emfazy – wielkość, głębokie treści poświadczają ogólnikowe myśli. Najwyższa pochwała wyrażana jest za pomocą konwencjonalnych zwrotów (to istnienie hiperboliczne na zasadach
hyperochy). Po trzecie – to forma obecności chyba najpowszechniejsza wynikająca, jak się zdaje, z niedostatków czasu na niespieszną lekturę
18 – stałą cechą recenzji poświęconych
Dwukropkowi jest analizowanie najnowszych wierszy przez ukazywanie podobieństw z wcześniejszymi utworami poetki. Figurą obecności Szymborskiej okazywało się podobieństwo (
eikón). Jarosława Mikołajewskiego taka strategia nadawania formy obecności doprowadziła do pełnej zrozumiałości wszystkich siedemnastu wierszy (każdy skwitowany został jednozdaniową wykładnią sensu), Piotra Michałowskiego zaś – uciekającego od emfazy – do wyrzeczenia się chęci zrozumienia drażniącej powtarzalności repertuaru tematów i form. O ile wymienione trzy figury obecności Wisławy Szymborskiej jako Starej Mistrzyni po opublikowaniu najnowszego zbioru muszą jednoznacznie niepokoić, o tyle ostatnia strategia nadawania złej obecności poświadcza przeczuwany przez niektórych krytyków istotny problem tkwiący u podstaw dyskursu Starych Mistrzów. Piotr Śliwiński kończy swój tekst gestem wskazania na „przejmujący wiersz
Wypadek drogowy” oraz słowami: „Szymborska, z pozoru prosta, czeka i – jak zwykle – wymyka się konkluzji. Nie daje się wyjaśnić łatwo”. Śliwiński zamyka więc tekst swojej recenzji figurą uprzedzenia ewentualnych zarzutów (
prólepsis) – tłumaczy, że poczyniona lektura jest niekompletna, daleka od możliwego zamknięcia. Unieważnia więc tym samym wcześniej nadawane figury obecności. Podobnie czyni w swym tekście Marian Stala, z tym, że nieco bardziej empatycznie, jakby szukając adekwatnej figury wobec samego tekstu, przekazu tomiku. W zakończeniu swego omówienia pisze: „Tyle umiem powiedzieć o wątku zasugerowanym przez pierwsze i ostatnie słowo nowej książki Wisławy Szymborskiej. Patrzę na końcowy dwukropek, na pustą stronę, która po nim następuje:” Stala – podobnie jak Śliwiński – wybiera drogę lektury świadomie niekompletnej, ale także w swoisty sposób teleologicznej. Owym celem okazuje się zamilknięcie (
aposiópesis). Obie wyróżnione przeze mnie lektury są swoistymi znakami odmowy uczestnictwa w nadawaniu złej obecności. Gest Mariana Stali obiecuje ponadto także możliwość drogi pozytywnej. Na czym miałaby ona polegać? Dwa zacytowane zdania w swoisty sposób szyfrują, jak mi się zdaje, najistotniejszy przekaz tomiku Szymborskiej. W centrum postawiona zostaje kategoria sugestii (byłoby to rozpoznanie kluczowej strategii poetyckiej?). Nie bez znaczenia są także sformułowania „patrzę na końcowy dwukropek” (to patrzenie na koniec?), „patrzę na pustą stronę” (czyżby sugestia, że druga strona jest pusta?). Zakończenie tekstu Mariana Stali, pytania, postawienia których się ono domaga – zmuszają do ponownej lektury
19. Zalążek takiej właśnie lektury chciałbym w tym miejscu wpisać.
Zarówno Piotr Śliwiński, piszący recenzję pozytywną, jak i Piotr Michałowski wypowiadający się w tonie zdecydowanie negatywnym o
Dwukropku, zauważali wierność Szymborskiej wobec swojej ustalonej, sformułowanej poetyki. Dla Śliwińskiego stało się to spostrzeżenie powodem do zaakcentowania wartości poezji Starej Mistrzyni (podkreślał walory idiomatyczności, wyrazistości), Michałowski czynił zaś poetce z tego faktu zarzut wyczerpania się repertuaru możliwości, zamknięcia w zaklętym kręgu pomysłów. Kto ma rację? Wydaje mi się, że oba wytłumaczenia oddalają, odwodzą od istoty problemu. Chciałbym w tym miejscu postawić jedno zaledwie pytanie – dlaczego otwarcie tomiku
Chwila i
Dwukropek wydają się bliźniaczo podobne (dlaczego wiersze
W zatrzęsieniu [CH 7-9] i
Nieobecność [D 5-6] oraz
Chmury [CH 10-11] i
Wypadek drogowy [D 8] pomyślane zostały na analogiczny sposób konstrukcyjny)? Oto próba odpowiedzi.
Utwór
W zatrzęsieniu otwiera silne (metafizycznie) sformułowanie: „Jestem kim jestem” – ciąg dalszy utworu jest oparty na znanym i rozpoznawalnym dla poetyki Szymborskiej chwycie konstrukcji warunkowej, którego nadrzędną formułą staje się fraza: „Mogłam być sobą – ale …” Identyczny zamysł organizuje wiersz
Nieobecność – anaforycznie powraca warunkowe „Niewiele brakowało …” A jednak jest jakaś niepokojąca różnica. Oczywiście, nie zostaje ona nazwana, zostaje ledwie zasugerowana. Próbuję przeczytać pierwsze trzy słowa wiersza: nie-obecność, nie-wiele, brak-owało. Po silnym metafizycznym frazowaniu nie ma już śladu.
Tytułowe „chmury” z
Chwili sprawiały przede wszystkim trudności w opisie („Z opisywaniem chmur / musiałabym się bardzo śpieszyć –”), nie przydawały się zbytnio („Jacy tam z nich świadkowie czegokolwiek – ”), wobec śmierci „paradowały w przepychu”, „nie mając obowiązku razem z nami ginąć”. W
Dwukropku to właśnie chmury stają się świadkami i to świadkami śmierci. O ile w
Chmurach ów lekki paradoks rządzący konstrukcją wiersza wydaje się na miejscu, o tyle frywolne zakończenie wiersza
Wypadek drogowy („Wprawdzie porozrywane i porozrzucane, / ale to u nich na porządku dziennym”) musi się wydać… bezradnym zagadywaniem pustki, pustki śmierci, pustki tego, co się otwiera po dwukropku.
Za Marianem Stalą wypada stwierdzić, że „jednym z zasadniczych motywów
Dwukropka jest śmierć”. Wisława Szymborska mówi o niej, obmawia ją na jeden z najbardziej intensywnych poetycko sposobów w literaturze polskiej, testując wytrzymałość swojego wiersza, swojej poetyki wobec tego, czego wypowiedzieć się nie da.
SYTUACJA KRYTYKASytuacja krytyka, zmuszonego do pośpiesznej lektury w centrum stabilnego dyskursu Starych Mistrzów, nie jest łatwa. Ową problematyczność chciałbym na koniec swych rozważań wypowiedzieć w trzech możliwych językach.
Istnienie krytyka okazuje się nade wszystko znakiem odmowy uczestnictwa, byciem refutatywnym (
refutatio) – realizuje się w umiejętności zaprzeczania figurom złej obecności. Owo bycie jest więc nieustannym – w poszukiwanych sposobach lektury, gestach lekturowych – likwidowaniem centrum (pozycji centralnych w dyskursach). Krytyk winien przeto rozpoznawać zawsze dzieło na marginesie (jeżeli nie sytuacji dyskursowej, to praktyki dyskursowej), bo tylko tam możliwy jest jeszcze ruch (autentycznej lektury, interpretacji).
Za Germanem Ritzem ową zasadniczą powinność krytycką (także – historyka literatury) nazwać by zaś można zobowiązaniem do „krytycznej rewizji kanonu”
20. Bo – jak przekonuje Piotr Śliwiński – „siła kanonu (…) to słabość refleksji”
21. Wszelkie kanony, myślenie wedle kanonu są więc z natury wrogie działalności krytyka literackiego – jedynym akceptowalnym kanonem jest kanon osobisty, którego wybory indywidualne nabierają ważności wobec kanonów społecznie uprzywilejowanych
22.
Zadania krytyka literackiego zobaczyć by więc można jako podtrzymywanie ruchliwości marginesów poszczególnych dyskursów oraz ciągłe kształtowanie własnego, osobistego kanonu. Innymi słowy, w praktyce krytyk literacki dbać powinien, by każdy poeta był dla niego poetą osobnym. Jak można by zrozumieć tę kategorię? Przede wszystkim jest ona – jak się zdaje – szalenie nieproduktywna opisowo, nic nie wyjaśnia. Jest raczej pewnego rodzaju sytuacją krytyczną, do odnalezienia i nazwania której próbuję się przybliżać w całym swym tekście. Innymi słowy, mówić o poetach osobnych, to mówić o istotnych poetyckich projektach, o twórczości, której nie daje się sprowadzić do niczego, co reprezentatywnie rozpoznawalne. Mówienie o poetach osobnych daje też nadzieję, którą mógłbym za Marianem Stalą nazwać przeczuwaniem „chwil pewności”, chwil przeczuwanego „spotkania z arcydziełem”, chwil „zbliżania się do tego, co wartościowe”
23.
Na koniec muszę jeszcze poczynić ważne zastrzeżenie. Nie łudzę się, że możliwy jest powrót do wspólnych, wspólnie uzgadnianych hierarchii – podzielam zdanie wygłoszone niegdyś przez Arkadiusza Bagłajewskiego, że współcześnie „hierarchie ustalają się w konkurencyjnej grze projektów”
24.
Przypisy1. By przypomnieć tylko słynne zdanie Mariana Stali wypowiadane już w 1999 roku: „W przyszłości zaś czeka jeszcze jedno pytanie zasadnicze, istotniejsze od doraźnych niepokojów i fascynacji, pytanie o to, jaka może być, jaka powinna być polska poezja po Miłoszu, Szymborskiej, Różewiczu i Herbercie. Jeśli nie zdołamy tego pytania postawić, długo jeszcze tkwić będziemy w czasie przejścia” (
Coś się skończyło, nic się nie chce zacząć. Z przygód poezji w latach dziewięćdziesiątych, w: tegoż,
Przeszukiwanie czasu, Kraków 2004, s. 303).
2. Arkadiusz Bagłajewski,
Stan rozproszenia, „Odra” 1996, nr 1, s. 51-53. Por. także uwagi Bagłajewskiego wygłaszane w tekście
Pejzaż po przełomie, ale nie po klęsce („Kresy” 1995, nr 1): „Trudno dziś marzyć o spójności języka krytyki, ujednoliceniu stanowisk. Dzisiejszą sytuację określa coś przeciwnego – rozbicie jednego tonu na wiele głosów, różne, często wzajemnie wykluczające się gusty, lansowanie autorów swojego środowiska – poprzez swoje pismo, a nie jak to bywało wcześniej poprzez debiut w centralnym piśmie, popartym głosem krytyka-autorytetu”.
3. O tej subtelnej dystynkcji pisała Dorota Kozicka w tekście
Wołanie o kanon? Znamienne wątki dyskusji metakrytycznych na przełomie wieków (w:
Kanon i obrzeża, red. Inga Iwasiów, Tatiana Czerska, Kraków 2005, s. 59).
4. Robert Ostaszewski,
Fortece i przesmyki. O gettowości w krytyce literackiej, „Opcje” 2001, nr 5, s. 8.
5. Przypomnieć w tym miejscu można choćby znaczący tytuł tematycznego numeru „Więzi” (2003, nr 4) – „Czy krytyka umiera?”.
6. Świetnym przykładem może być tu zjawisko krótkich wypowiedzi krytycznych towarzyszących prezentowaniu nowości wydawniczych na różnego rodzaju stronach internetowych – przede wszystkim na stronach księgarni sieciowych.
7. Jacek Gutorow,
O krytyce literackiej, w: tegoż,
Niepodległość głosu. Szkice o poezji polskiej po 1968 roku, Kraków 2003, s. 232.
8. Przemysław Czapliński,
Ruchome marginesy. Szkice o literaturze lat 90., Kraków 2002, s. 6-7.
9. Przemysław Czapliński,
„Cóż po poecie w czas medialny”, w: tamże, s. 33.
10. Tamże, s. 41-42.
11. Używam w tym miejscu tytułowej formuły cytowanej już książki Jacka Gutorowa, by podkreślić ponadjednostkowy charakter owego pragnienia wpisanego w najistotniejsze polskie projekty krytycznoliterackie przełomu wieków (por. Jacek Gutorow, dz. cyt.).
12. Agnieszka Czyżak,
Kanon Mistrzów – stereotypy i przewartościowania, w:
Kanon i obrzeża..., dz.cyt., s. 157.
13. Niedogodnościom takiego usytuowania poświęcona została dyskusja redakcyjna opublikowana na łamach czasopisma „Res Publica Nowa” (2003, nr 1).
14. Agnieszka Czyżak, dz. cyt., s. 156-159.
15. Wisława Szymborska,
Dwukropek, Kraków 2005 [dalej – D; cytaty z wierszy pomieszczonych w przedostatnim zbiorze Szymborskiej
Chwila (Kraków 2003) oznaczam zaś skrótem - CH].
16. W „Gazecie Wyborczej”
Dwukropek recenzował Jarosław Mikołajewski (2005, nr 276, s. 18), w „Rzeczpospolitej” – Elżbieta Sawicka (2005, nr 273, s. A11), w „Tygodniku Powszechnym” – Marian Stala (2005, nr 52, s. 28).
17. Oto zestawienie tekstów recenzji, które stały się przedmiotem moich analiz: Piotr Śliwiński – „Nowe Książki” (2006, nr 3), Aneta Wiatr – „Twórczość” (2006, nr 2), Julian Kornhauser, Jacek Łukasiewicz – „Kwartalnik Artystyczny” (2006, nr 1), Agata Stankowska – „Res Publica Nowa” (2006, nr 2), Ryszard Matuszewski, Leszek Szaruga – „Zeszyty Literackie” (2006, nr 1 i 2), Piotr Michałowski – „Pogranicza” (2005, nr 6), Tomasz Cieślak-Sokołowski – „Dekada Literacka” (2005, nr 6).
18. Taki przynajmniej był powód nadania istnienia takiego właśnie w moim tekście zamieszczonym w „Dekadzie Literackiej” – dostałem tydzień ledwie na napisanie tekstu recenzji, która „musiała” zmieścić się w składanym właśnie numerze – oswajanie tomiku przez podobieństwo problematyki najnowszych wierszy do już włączonych w ramy rozumienia okazało się strategią dość skuteczną (zaowocowało tekstem).
19. Swoją drogą może ta właśnie strategia krytyczna – kolejnych, podwójnych – lektur i tekstów byłaby najwłaściwszą (trzeba by przypomnieć w tym miejscu dwie lektury tomiku
Chwila pióra Mariana Stali – por. „Tygodnik Powszechny” 2002 , nr 36 i 46).
20. German Ritz,
Kanon i historia literatury widziane z zewnątrz, w:
Kanon i obrzeża…, dz.cyt., s. 30.
21. Piotr Śliwiński,
Kanon, hipoteza konieczna, w: tamże, s. 89.
22. Por. propozycję Alaistera Fowlera,
Genre and the Literały Canon, „New Literary History” 1979, vol. 11, p. 97-119.
23. Por. Marian Stala,
Chwile pewności. 20 szkiców o poezji i krytyce, Kraków 1991 oraz uwagi tegoż poczynione w książce
Trzy nieskończoności (Kraków 2001, s. 6).
24. Arkadiusz Bagłajewski,
Stan rozproszenia…, dz. cyt., s. 55. Por. także podobną tezę Anny Nasiłowskiej w tekście
Postmodernizm i modernizm w poezji polskiej po 1989 roku, „Przegląd Humanistyczny” 2002, nr 4.