| Agnieszka Wesołowska |
 |
|
WIERSZE |
|
|
|
- - - - - - - - - - -
Wieczór zapada jak ostatnie słowo.
Nic, nic nie podejrzewaj, rabbi. Dlaczego myślisz, że to na pewno mróz ścina głowy ptakom i dymy kominom.
Ja nie płaczę za mlecznymi dzbanami. Wiesz, mój mały rabbi, że one wracają.
Chodź już. Trzeba rozpalić w piecu. Tak, ogień obiecuje milczenie
Zawsze przed deszczem wracają, rabbi. Na krótko, gdy jestem pasterką ich dawnych miejsc.
Ja też nabieram wprawy w płuca każdego dnia, rabbi. Ja także zapadam w to słowo w jego ostateczność
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -
W żyłach krąży dzień. Z ust ulewa się ciepła noc jak mleko matki i wtedy świat pod postacią dobrego nietoperza frunie przez serce.
W jakiejś minucie ciszy tacy sami jesteśmy – brodaci jak krasnale, siwi jak młode brzozy.
Ścięto drzewo. Byłam sadem jednego drzewa. Miałam zieloną koronę i powagę rośliny.
Teraz lubię zaludnione place. Głowy spadają z nieba jak manna. Mówią o śmierci, o miłości po tych czterdziestu latach błądzenia mojżesza.
- - - - - - - - - - - - - - -
Każdy mój powrót to ciąg dalszy pożegnania
Mury zwiotczały nie mogą już dłużej dźwigać ciebie i mnie popękały naczynia na stole owalnym jak twarz
Domy pokryły się dachem dach śniegiem jeszcze trochę a przygniecie nas niebo
płetwa odłamki krwi krople kamieni
Wywierć mi dziurę w brzuchu przeręblę w zimowym stawie wyciągnij z niej rybę bo nie ja jestem Jonasz
Nie mam w zanadrzu żadnej misji żadnego proroctwa |
 |
 |
 |
|