| Michał Piętniewicz |
 |
|
wiersze |
|
|
|
W domu mojej babci
W domu mojej babci dywan wisi nad łóżkiem fotel drzemie w objęciach wielkiej szafy ściany oddychają snem starych przodków znów są w pokoju pradziadek i prababcia pradziadek krząta się szukając okularów czyta później gazetę w wygodnym fotelu prababcia wychodzi do kuchni odłożywszy książkę wszystko pożera przeszłość teraźniejszość została pożarta przez pamięć widać białe puste dziury na ścianach to ślady nie napisanych historii kim mogli być pradziadek i prababcia gdyby nie byli tym kim byli dwoma pająkami snującymi swą sieć nad łóżkiem mej babci sieć w którą wpadaj ą wspomnienia zrobione z wielu oddechów i starych fotografii mój pradziadek i prababcia dalej tam są chodzą po pokoju połykają drobne owady czasu są trawieni i trawią a ja jestem trawiony przez ich wszędobylską nieobecność dwa nieomylne pająki jedna przestrzeń i rozmnożony w przestrzeni prawnuk szukający własnej sieci.
nawiedzenie
byłem na kacu gdy przyszedł do mnie pijany Chrystus schizofrenii zajrzałem w siebie i zrobiło mi się niedobrze (w takich chwilach najlepiej patrzyć w lustro) popatrzyłem w lustro a Pan mój stał za mną
i nawet gdybym szedł ciemną doliną Pan mnie nie opuści kij mam w ręce i namiot nad wodą czeka na mnie by chronić przed gradem mordobicia lecz do tej pory nie wiem czemu te chłopaki spuściły mi wpierdol
może nie byłem swój (choć znałem swe odbicie) może Pan mój mnie opuścił a może chciał bym poczuł ból i docenił deszcz który zmoczył mnie oczyścił dał nadzieję na jeszcze lepszą przyszłość bez lęków bez cierpienia
zawsze gdy myślę o Panu myślę o tych skurwysynach którzy spuścili mi manto myślę o imprezach w których nie zdołałem uczestniczyć bo byłem zajęty Panem myślę o zgrabnym tyłku mej zmarłej miłości myślę o wodzie i krwi
więc one wypływają z boku mego Pana ale jakby na niby tak jak na niby są anioły i diabły w przebraniu drecholi tak jak na niby jest ten drugi gość we mnie który się wydziera tak jak na niby jest lodowata cisza w środku szalonego świata
a mój Pan podał mi kubek z kefirem (dobry na kaca) kazał pomodlić się nad grobem ukochanej spleść ręce i oddychać kazał napisać czemu jest mi źle i zabronił alkoholu wyszorował mnie gąbką i mydłem zaprowadził pod prysznic
zabronił myśleć o kolejnym potopie i watę przyłożył do ranki po goleniu
podróż zimowa
w grudniowym wirze okamgnień wśród ciemnej pustyni zimowego wiatru w łachmanach przymierzonych zbyt szybko trzymając ręce w podartych kieszeniach szedłem trzymając gorące twarde jabłka
pomiędzy przestrzenią a mną nie była łatwych znaków które mogłyby odczytać wyrocznie lub wróżki ze szpitali psychiatrycznych była jasna perłowa zima wydymająca usta w niemym uśmiechu dzikie szklane oczy przechodniów trącały znojem dawno odgadnionych krain, niemytej pościeli, wybielonych tajemnic
na korytarzu zastygały lampy tliły się niedopałki do płatków śniegu uśmiechały się duże dzieci z poranionym pejzażem wewnętrznym z którego nic nie dało się uratować prócz gorliwie odmawianych koronek do Miłosierdzia Bożego dopóki okręt nagłych świtów nie porwał ich z powrotem w pościel
zimową którą starannie układały fale białych słońc byłem ostatnim który dotarł na obiecane miejsce między łóżkiem wiecznej rozkoszy a krzesłem dozgonnej udręki zawieszony choć jasne strumienie ciszy podpowiadały inną historię z czerwonym niebem w tle na miękkim piasku gdzieś nad morzem śmiertelni palą ostatnie papierosy ze swych ostatnich paczek w oddali słychać porykiwania kutrów jęki mew
podróż jesienna
resztki spalonej jesieni u bram klasztoru na wzniesieniu mnisi wznoszą modły do nieba czerwonego jak sen w którym widziałem tego z brodą podnosił rękę i otwierał psalmy bezbłędnie choć z pewną dozą arogancji Herkulesa z maczugą straszył małe koty na zimnym podwórku
było naprawdę niewiele przed szóstą kiedy dym zaczął wciskać się w obolałe rany niewinnej śmierci małej jak francuski la petite morte wtedy równie dobrze ślimak mógł przylepić się do drewienka które chwilę później spalę z najwyższą uwagą nie zapominając o jesiennym niebie
jej białych palców szeleszczących obłędnie w poszarpanym futerku małego pluszowego misia miałem jej dać prezent zapomniałem przyszedłem o wiele za późno ktoś już dawno kupił tego miśka dla niej a sklep stał póki nie zbankrutowało mydło dzieciństwa
mojego i moich współtowarzyszy teraz tworzymy szajkę dawno poległych umarlaków w ten sam dzień w kościele pozdrawiamy się znakiem pokój dla wszystkich pokój dla wszystkich a w pokoju naszych ciał dreptają światła, otchłanie i strzępy
godzin które wykradaliśmy naszym babciom chcieliśmy by czasem nas pogłaskały bądź zbiły ale one wolały przyglądać się naszym nad podziw zręcznym manipulacjom dokonywanym na suchym ciele jesiennego popołudnia gdy skwierczały jeszcze w cicho gadających trawach niedopałki lata
podróż letnia
zbieraliśmy lato z lekko zgniłych jabłek psy na łańcuchu nie były groźne ciocia Halina gotowała tak by wujek Wiesiek i nasza kompania była silna czerwcowym popołudniem Tomek był mistrzem w kiełznaniu lata wygrywał ze wszystkimi w ping ponga po obiedzie gdy Anna już spała a dobry Michał wciąż pracował w ogrodzie szczekały psy zieleniło się szczęście wieczorne na amen lub dwa paciorki
tchnienie czasem się przydawało by kiełznać żar dochodzący od strony Dominiki miała być modelką była córką wielkiego pana właściciela okolicznych sadów które przerażały bawiły nudziły
kochałem się w piłce nożnej i we własnym śmiechu zbyt często kuzynostwo kuzynostwa dawało w kość jedyną obroną jest atak na moją śmieszną tuszyczkę więc się sam sobą bawiłem a oni udawali że nic nie widzą biedacy w podartych portkach
wciąż ta sama ilość basenów w basenie pędziły dalekobieżne traktory ciągniki rolnicze samochody osobowe stały w garażu albo w naszych oczach łzawiących od ogniska wieczornego lepkiego jak młodzieńcza miłość do niedostępnych kuzynek moich kuzynek nieśmiałość doskwierała
temu latu coraz bardziej chciałem czereśni dużych i głębokich dostałem frytki z patelni i było nawet lepiej po co sięgać do dna gdy powierzchnia jest głębsza otwory wiercą młoty pamięci
niestety ogień był wysoko w górze nie mogłem dosięgnąć bo za mały byłem za mały jestem by cokolwiek pamiętać by cokolwiek dosięgnąć poza jednym małym marzeniem przez duże M – przyprowadźcie konia o biało czarnych pręgach
niech goni przez sady
podróż wiosenna
więc po co czytałem „Wiosnę" Schulza w ostatnie dni zimowe więc po co szedłem z rękami w kieszeniach w epoce średniowiecza gdzieś na targu w Krakowie kupując zawsze dwa kilogramy jabłek aby starczyło na zimową utarczkę z samym sobą dopóki nie nadejdzie czas wiosny czas przełomu coś skrzydlato zrobiło się na duszy temu miastu trzeba go rozpogodzić niedługo wszyscy będziemy się w pierzu pławić
porywały mnie ku górze baloniki z wesołego miasteczka rymów których nie do końca rozumiałem teraz wiem czemu Mickiewicz miał tyle kobiet umiał świetnie improwizować odsłaniał pierś uroczyście ale tak by nie urazić najświętszej falbanki Karoliny Kowalskiej genialnej zapomnianej ale dość był aniołem człowiek
który przyszedł do mnie w nocy i zażądał mojego dowodu osobistego czy powiedziałem „świadectwa"? nie, chodziło tylko o jak najszybsze zanurkowanie w gęstym szambie by wyjść z niego jak lotna po zmartwychwstaniu wszyscy będziemy czyści najlepiej
robić to na wiosnę kiedy odgłosy walki są jeszcze świeże i dobiegają z plant dzieciaki kopią kolorowe piłki matki stoją nad wózkami menele tańczą menueta a czasem zdarzy się jakiś wariat w niebieskiej katanie podający się za wysłannika Jego Eminencji dowódcy straży niebieskiej, co cię kurwa tak straszy
zapytałem sam siebie gdy doszedłem do ostatniej strony „Wiosny" nie zdążyłem poprosić sąsiadki o żelazko spodnie miały być czyste wyprasowane były brudne od szamba podarte od spazmów od niebieskiej straży po co ulegałeś sugestiom dowódcy sam stanowisz prawo
dla siebie ale coraz go mniej bo ja kurczę się kurczę to niesłychane a byłem olbrzymem dobywałem targi średniowieczne te dwa kilogramy jabłek były przynętą zwabiły wiele chorób i światło a na pociąg to w sam raz zdążyłem przez ciemne tunele jechałem
pędziłem daleko hen w cholerę |
 |
 |
 |
|