poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Michał Piętniewicz
wiersze
W domu mojej babci

W domu mojej babci
dywan wisi nad łóżkiem
fotel drzemie w objęciach wielkiej szafy
ściany oddychają snem starych przodków
znów są w pokoju pradziadek i prababcia
pradziadek krząta się szukając okularów
czyta później gazetę w wygodnym fotelu
prababcia wychodzi do kuchni odłożywszy książkę
wszystko pożera przeszłość
teraźniejszość została pożarta przez pamięć
widać białe puste dziury na ścianach
to ślady nie napisanych historii
kim mogli być pradziadek i prababcia
gdyby nie byli tym kim byli
dwoma pająkami snującymi swą sieć
nad łóżkiem mej babci
sieć w którą wpadaj ą wspomnienia
zrobione z wielu oddechów i starych fotografii
mój pradziadek i prababcia dalej tam są
chodzą po pokoju połykają drobne owady czasu
są trawieni i trawią
a ja jestem trawiony przez ich wszędobylską nieobecność
dwa nieomylne pająki
jedna przestrzeń
i rozmnożony w przestrzeni prawnuk
szukający własnej sieci.

 
nawiedzenie

byłem na kacu gdy przyszedł do mnie pijany Chrystus schizofrenii
zajrzałem w siebie i zrobiło mi się niedobrze
(w takich chwilach najlepiej patrzyć w lustro)
popatrzyłem w lustro a Pan mój stał za mną

i nawet gdybym szedł ciemną doliną Pan
mnie nie opuści kij mam w ręce i namiot nad wodą
czeka na mnie by chronić przed gradem mordobicia
lecz do tej pory nie wiem czemu te chłopaki spuściły mi wpierdol

może nie byłem swój (choć znałem swe odbicie)
może Pan mój mnie opuścił a może chciał bym poczuł ból
i docenił deszcz który zmoczył mnie oczyścił dał nadzieję
na jeszcze lepszą przyszłość bez lęków bez cierpienia

zawsze gdy myślę o Panu myślę o tych skurwysynach
którzy spuścili mi manto myślę o imprezach w których
nie zdołałem uczestniczyć bo byłem zajęty Panem
myślę o zgrabnym tyłku mej zmarłej miłości myślę o wodzie i krwi

więc one wypływają z boku mego Pana ale jakby na niby
tak jak na niby są anioły i diabły w przebraniu drecholi
tak jak na niby jest ten drugi gość we mnie który się wydziera
tak jak na niby jest lodowata cisza w środku szalonego świata

a mój Pan podał mi kubek z kefirem (dobry na kaca)
kazał pomodlić się nad grobem ukochanej spleść ręce i oddychać
kazał napisać czemu jest mi źle i zabronił alkoholu
wyszorował mnie gąbką i mydłem zaprowadził pod prysznic

zabronił myśleć o kolejnym potopie i watę przyłożył do ranki po goleniu

 
podróż zimowa

w grudniowym wirze okamgnień
wśród ciemnej pustyni zimowego wiatru
w łachmanach przymierzonych zbyt szybko
trzymając ręce w podartych kieszeniach
szedłem trzymając gorące twarde jabłka

pomiędzy przestrzenią a mną nie była łatwych znaków
które mogłyby odczytać wyrocznie lub wróżki ze szpitali
psychiatrycznych była jasna perłowa zima wydymająca usta w niemym
uśmiechu dzikie szklane oczy przechodniów trącały znojem
dawno odgadnionych krain, niemytej pościeli, wybielonych tajemnic

na korytarzu zastygały lampy tliły się niedopałki
do płatków śniegu uśmiechały się duże dzieci z poranionym pejzażem
wewnętrznym z którego nic nie dało się uratować
prócz gorliwie odmawianych koronek do Miłosierdzia Bożego
dopóki okręt nagłych świtów nie porwał ich z powrotem w pościel

zimową którą starannie układały fale białych słońc
byłem ostatnim który dotarł na obiecane miejsce
między łóżkiem wiecznej rozkoszy a krzesłem dozgonnej udręki
zawieszony choć jasne strumienie ciszy podpowiadały inną historię
z czerwonym niebem w tle na miękkim piasku gdzieś nad morzem
śmiertelni palą ostatnie papierosy ze swych ostatnich paczek
w oddali słychać porykiwania kutrów jęki mew

 
podróż jesienna

resztki spalonej jesieni u bram klasztoru
na wzniesieniu mnisi wznoszą modły do nieba
czerwonego jak sen w którym widziałem tego
z brodą podnosił rękę i otwierał psalmy
bezbłędnie choć z pewną dozą arogancji Herkulesa
z maczugą straszył małe koty na zimnym podwórku

było naprawdę niewiele przed szóstą kiedy dym
zaczął wciskać się w obolałe rany niewinnej
śmierci małej jak francuski la petite morte
wtedy równie dobrze ślimak mógł przylepić się
do drewienka które chwilę później spalę z najwyższą
uwagą nie zapominając o jesiennym niebie

jej białych palców szeleszczących obłędnie w poszarpanym
futerku małego pluszowego misia miałem jej dać
prezent zapomniałem przyszedłem o wiele za późno
ktoś już dawno kupił tego miśka dla niej a
sklep stał póki nie zbankrutowało mydło dzieciństwa

mojego i moich współtowarzyszy teraz tworzymy szajkę
dawno poległych umarlaków w ten sam dzień
w kościele pozdrawiamy się znakiem
pokój dla wszystkich pokój dla wszystkich
a w pokoju naszych ciał dreptają światła, otchłanie i strzępy

godzin które wykradaliśmy naszym babciom
chcieliśmy by czasem nas pogłaskały bądź zbiły
ale one wolały przyglądać się naszym nad podziw
zręcznym manipulacjom dokonywanym na suchym ciele
jesiennego popołudnia gdy skwierczały jeszcze w cicho
gadających trawach niedopałki lata

 
podróż letnia

zbieraliśmy lato z lekko zgniłych jabłek
psy na łańcuchu nie były groźne
ciocia Halina gotowała tak by wujek
Wiesiek i nasza kompania była silna czerwcowym
popołudniem Tomek był mistrzem w kiełznaniu
lata wygrywał ze wszystkimi w ping ponga
po obiedzie gdy Anna już spała a dobry Michał
wciąż pracował w ogrodzie szczekały psy zieleniło się
szczęście wieczorne na amen lub dwa paciorki

tchnienie czasem się przydawało by kiełznać
żar dochodzący od strony Dominiki miała być modelką
była córką wielkiego pana właściciela okolicznych
sadów które przerażały bawiły nudziły

kochałem się w piłce nożnej i we własnym
śmiechu zbyt często kuzynostwo kuzynostwa
dawało w kość jedyną obroną jest atak na moją
śmieszną tuszyczkę więc się sam sobą bawiłem a oni
udawali że nic nie widzą biedacy w podartych portkach

wciąż ta sama ilość basenów w basenie
pędziły dalekobieżne traktory ciągniki rolnicze
samochody osobowe stały w garażu albo w naszych
oczach łzawiących od ogniska wieczornego lepkiego
jak młodzieńcza miłość do niedostępnych kuzynek
moich kuzynek nieśmiałość doskwierała

temu latu coraz bardziej chciałem czereśni dużych
i głębokich dostałem frytki z patelni i było nawet
lepiej po co sięgać do dna gdy powierzchnia jest
głębsza otwory wiercą młoty pamięci

niestety ogień był wysoko w górze
nie mogłem dosięgnąć bo za mały byłem za mały
jestem by cokolwiek pamiętać by cokolwiek
dosięgnąć poza jednym małym marzeniem przez duże
M – przyprowadźcie konia o biało czarnych pręgach

niech goni przez sady

 
podróż wiosenna

więc po co czytałem „Wiosnę" Schulza w ostatnie dni zimowe
więc po co szedłem z rękami w kieszeniach w epoce średniowiecza
gdzieś na targu w Krakowie kupując zawsze dwa kilogramy jabłek
aby starczyło na zimową utarczkę z samym sobą dopóki nie nadejdzie
czas wiosny czas przełomu coś skrzydlato zrobiło się na duszy temu miastu
trzeba go rozpogodzić niedługo wszyscy będziemy się w pierzu pławić

porywały mnie ku górze baloniki z wesołego miasteczka
rymów których nie do końca rozumiałem teraz wiem czemu Mickiewicz
miał tyle kobiet umiał świetnie improwizować odsłaniał pierś
uroczyście ale tak by nie urazić najświętszej falbanki Karoliny
Kowalskiej genialnej zapomnianej ale dość był aniołem człowiek

który przyszedł do mnie w nocy i zażądał mojego
dowodu osobistego czy powiedziałem „świadectwa"?
nie, chodziło tylko o jak najszybsze zanurkowanie
w gęstym szambie by wyjść z niego jak lotna
po zmartwychwstaniu wszyscy będziemy czyści najlepiej

robić to na wiosnę kiedy odgłosy walki są jeszcze świeże
i dobiegają z plant dzieciaki kopią kolorowe piłki
matki stoją nad wózkami menele tańczą menueta
a czasem zdarzy się jakiś wariat w niebieskiej katanie
podający się za wysłannika Jego Eminencji dowódcy
straży niebieskiej, co cię kurwa tak straszy

zapytałem sam siebie gdy doszedłem do ostatniej strony
„Wiosny" nie zdążyłem poprosić sąsiadki o żelazko
spodnie miały być czyste wyprasowane były brudne
od szamba podarte od spazmów od niebieskiej straży
po co ulegałeś sugestiom dowódcy
sam stanowisz prawo

dla siebie ale coraz go mniej bo ja kurczę
się kurczę to niesłychane a byłem olbrzymem
dobywałem targi średniowieczne te dwa
kilogramy jabłek były przynętą zwabiły
wiele chorób i światło a na pociąg to w sam
raz zdążyłem przez ciemne tunele jechałem

pędziłem daleko hen w cholerę

 

 
s.emily@neostarada.pl      2007-09-05 18:22:21
dot. Michał Piętniewicz Panie Michale. Jesteś świetnym poetą. Gratuluję. Emilia Szumiło

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas