poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Tomasz Wierusz-Walknowski
"Posłuchaj pan, panie podróżny..." (5)

„Jam jest częścią tej siły, która wieczne złą pragnąc, wiecznie czyni dobro”
(J. W. Goethe Faust; motto Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa)

Przede wszystkim nieukształtowanie. Myliłby się ten, kto uważałby, że płynna nowoczesność to świat wysokorozwiniętych społeczności Londynu, Tokio czy Nowego Jorku. To nie jakiś oderwany kontynent, jak kamienna tratwa Iberii z powieści Jose Saramago, to cywilizacja skroplona, która jedynie gdzieniegdzie zagęszcza się wokół pewnych punktów.

Niesamodzielna, zależna, zawsze zorientowana na kogoś, na coś innego. Inne centrum, inny punkt odniesienia. Ziemia odległa, leżąca z kraju świata. Ukraina.

Ulice Kijowa nie są pomarańczowe. Są szare tą szarością, którą można wyczytać z powieścio-reportaży Mariusza Wilka. Wspomnienia z lektury Wilczego notesu i Wołoki stają się moimi małymi punktami odniesienia. Sam zagęszczam przestrzeń, domowym sposobem, „na lewo”, z półprzymkniętym okiem. Opierając się na tej wilczej, upolowanej przez lata etnografii, uprawiam własną antropologię (przy)stosowaną.

Odległość geograficzna jest, jak to zwykle, sprawą względną. Przestrzeń kulturową właściwie w całości wypełnia, nie tyle może Rosja, co raczej zgodnie ze stwierdzeniem Fernanda Pessoi, język rosyjski. Rosyjski dominuje w rozmowach na ulicy, w głosach telewizorów i radioodbiorników. Rosyjskie są książki. Jakże odmiennie tu od Lwowa, czy Czerniowic, gdzie dwa lata temu dostrzegałem tą dumę z własnej odrębności. Kijów jest dumny z przynależności do większej przestrzeni. Choć i to jest pewnie bardziej skomplikowane…

Dudniące wagoniki metra, duszna przestrzeń marszrutki, ruina trolejbusu, wszystkie one wożą swoich pasażerów między stacjami Moskwa – Pietuszki. Ta podróż nie ma w sobie nic z tej parodii, jaką była Moscoviada Andruchowycza, o nie, to Jerofiejew niemalże w czystej postaci. Rozbryzgiwana przez ciężko ogumione koła breja błota i śniegu na ulicach. To smutna podróż. Nieco sentymentalna, coś w rodzaju poszukiwań w ogrodzie pamięci. Staram się dotrzeć do źródeł strachu. Dowiedzieć się, dlaczego boję się tak bardzo. Może to prawda, że ktoś dotknięty chorobą zakaźną lub morderstwem bliskiej osoby szuka nie tyle zemsty, co wyjaśnienia. Dlaczego? Więc może jest to podróż usensowniająca…

Rzeczywistość skrzeczy na typowo wschodnioeuropejski sposób. Do czystych, wmalowanych mieszkań, które błyszczą od złota i kryształu prowadzą obskurne, śmierdzące klatki schodowe. To, co jest „nasze”, jest niczyje, bo nie jest ani „moje”, ani „twoje”, ani nawet „jego”. Jest oficjalne, bez wuja w milicji, szwagierki, która akurat pracuje w banku, bez zwolnień lekarskich, listów polecających, telefonów uprzedzających, to znaczy – jest bez szans.

Zresztą, nie opuszcza mnie tu ciągłe wrażenie egzotyki. Może to jednak już nie-Europa. Targowisko na Pietrovce tak bardzo przypomina zadaszone uliczki sukkupiry na Wyspach Zielonego Przylądka. Tyle tylko, że tam barwne płótno, a tu blacha falista – szara, a jakże! Marszrutki – rozpędzone, wypchane po brzegi furgonetki, są niemal identyczne z toyotami „jasi”, w których przemierzałem afrykańskie drogi. Tylko tam tłok był bardziej życzliwy, tu jest milczący, zamyślony, boleśnie kanciasty.

Wszystko realnieje, zagęszcza się podczas mozolnej wspinaczki po Andriejewskim Zjeździe. Jest, tak jak został opisany. Tak jak potem ponownie został opisany przez Wiktora Niekrasowa. Dom Turbinów z Białej Gwardii Bułhakowa, dziś mieszczący nieco groteskowe muzeum pisarza. Ale ten dom, ten dom! Cudeńko. Zgadza się każde słowo, stopień i gwóźdź pewnie. Niemalże widać zbiegającego po schodach Nikołkę, nieskromnie rozchylony szlafrok Heleny, a przez okienko parteru można dostrzec przygarbioną postać Wasylisy i to nawet nie wspinając się na rosnące nieopodal akacje. Mroźne, orzeźwiające powietrze, ostre promienie popołudniowego słońca, spod szarości zaczynają nieśmiało wyglądać błękit, biel i złoto, szybko spłoszone ciężkimi krokami milicyjnych patroli. W ogóle cały kraj i miasto robią wrażenie przepełnionego, obwieszonego, oblezionego wszelkiego rodzaju mundurowymi służbami – wojskiem, milicją zwykłą i drogową, oddziałami ministerstwa spraw wewnętrznych. Jest ich za dużo. W ich dziarskim, dobrze odżywionym, ciepło umundurowanym uścisku Ukraina wydaje się dusić.

Ich też jest zbyt wielu. W końcu przestaję rozróżniać poszczególne grobowce, które przypominają malutkie biblioteczki z kryształu i politurowanego drewna. Tak jak zapewne życzyli sobie tego za życia, rozpływają się w tej podziemnej społeczności, która śpi w setkach metrów korytarzy wykutych pod klasztornym kompleksem Ławry Pieczerskiej. Kilkanaście hektarów świątyń odgrodzonych od miasta i świata grubym, obronnym murem. Prawdziwe okopy Świętej Trójcy. Po latach wygnania i ruiny mnisi powrócili do Ławry, by ją odnowić i na nowo uświęcić. Swoimi obrzędami, śpiewem, obecnością. Prawosławny chór cerkiewny jest wspaniały w swojej sile, a fale ich głosów niosą mnie przez wąskie okna, ponad zielonymi płaszczyznami dachów i złocistymi cebulkami kopuł. Wysoko, wysoko ponad miasto i Dniepr, tak jak postacie z obrazów Chagalla, które przecież żyły właśnie tutaj… i tutaj odbywały swe podniebne wędrówki. Bo tylko tutaj można wznieść się w niebo na własnych skrzydłach, bez pomocy krętej spirali białych, babilońskich schodów Muzeum Guggenhaim’a.

Opuszczam miasto, z którego pochodzę, „ja cały z niego”. Nie wiem, czy przepuszczą mnie z tym przez granicę. Czyjś strach, którym zaraziłem się, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, litera „Г”, paczka książek kupionych na bazarze…

Nic do zadeklarowania, absolutnie nic… Choć i to jest pewnie bardziej skomplikowane…

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas